Albert Radwan

LUDZIE i PSZCZOŁY
Pogórza
Ciężkowickiego w XX wieku

Pszczelarstwo Pogórza Ciężkowickiego i jego rozwój było skorelowane, jak każda inna gałąź aktywności człowieka, z historią państwa, historią regionu. Na początku XX wieku wsie Pogórza Ciężkowickiego zamieszkiwała głównie ludność biedna i często niepiśmienna. Bieda i ciemnota galicyjska były efektem polityki zaborcy. Chłopi mieszkali jeszcze często w chatach dymnych razem ze zwierzętami. Pszczelarstwem zajmowali się nieliczni, było ono domeną duchowieństwa, nauczycieli i szlachetnie urodzonych. To oni, podobnie jak my dzisiaj, dążąc do osiągnięcia coraz lepszych efektów ekonomicznych modernizowali ule i sprzęt pasieczny, usprawniali metody gospodarki, szukali lepszej, miodniejszej pszczoły. Z literatury wiadomo, że u nas na Pogórzu, jak zresztą w całej Małopolsce, pszczołą rodzimą była rasa kraińska. Jednak już przed pierwszą wojną światową, jak wspomina Józef Lorenz – znany krakowski pszczelarz i popularyzator wiedzy pszczelarskiej – zwłaszcza wśród włościan spotkać można było pszczołę włoską. Na tle naszej pszczoły cechowała ją łagodność, plenność i większa miodność. Zapewne było to związane z obfitą wówczas bazą pożytkową. Jej udział w pasiekach Pogórza w latach międzywojennych ciągle wzrastał, zwłaszcza wśród bardziej światłych pszczelarzy i ten stan utrzymywał się do lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia.

W okresie międzywojennym znana u nas była również pszczoła rasy kaukaskiej. Wspomina o niej Stefan Rohrenschef – znany tarnowski pszczelarz i popularyzator wiedzy pszczelarskiej, autor m.in. podręcznika pt. „12 Miesięcy w Pasiece”. Pszczoła ta nie była jednak rozpowszechniona w szerokich kręgach pszczelarzy praktyków, gdyż w okresie międzywojennym w pasiekach naszego regionu rozróżniano tylko dwie rasy – pszczołę krajową i włoszkę, wiem o tym ze wspomnień starszych pszczelarzy dzisiaj już nieżyjących, również mojego Taty.

W okresie powojennym w dużych pasiekach naszego regionu, prowadzących gospodarkę wędrowną, dominowała rasa włoska, natomiast w małych, przydomowych – pszczoła miejscowa, często zmieszańcowana z włoszką. W latach 60. ubiegłego wieku nastąpiło szybkie odejście od pszczół włoskich. Oczywiście w pasiekach prowadzonych racjonalnie, w których dokonywano wymiany matek. Włoszki, a właściwie ich mieszańce, utrzymywane były w nielicznych pasiekach, głównie przez osoby starsze. Powrócono do krainki. Dlaczego? Otóż w tym okresie dał się już zauważyć trwający jeszcze przez wiele następnych lat proces zubożania pożytków na naszym terenie. Pszczoły włoskie dawały bardzo silne rodziny i przy obfitych wziątkach można było od nich pozyskać więcej miodu. Natomiast przy słabszych pożytkach wziątek ledwo wystarczał na wykarmienie niezwykle licznego u nich czerwiu. Tymczasem pożytki z różnych powodów ciągle się kurczyły. Zmniejszeniu uległa również różnorodność upraw polowych. Pamiętam z dzieciństwa czas, kiedy niemal w każdym gospodarstwie uprawiano grykę, len, koniczynę perską, inkarnatkę, różne zioła – w tym miętę, uprawiano również warzywa na nasiona. Większość z tych roślin była dla pszczół pożyteczna. Z upraw tych rolnicy stopniowo rezygnowali i dzisiaj już nikt ich u nas nie zobaczy. Powoli również wkraczała na naszą wieś chemiczna ochrona roślin, głównie przed chwastami. Znikały z krajobrazu żółte wiosną od ognichy uprawy owsa, a z innych zbóż – ogromne ilości chabra bławatka, jak również później kwitnącego ostrożenia polnego, nazywanego u nas mylnie ostem, oraz wyki ptasiej. Powoli rozpoczęto wycinanie lip. Czasem z uzasadnionych względów – np. przy poszerzaniu dróg, ale częściej z powodu nowej mody. To piękne i długowieczne, a dla pszczół bardzo pożyteczne drzewo zatraciło swoje pierwotne znaczenie. Sadzone niegdyś i z pietyzmem pielęgnowane wszędzie tam, gdzie człowiek chciał upiększyć, upamiętnić lub uświęcić miejsce, a więc przy kościołach, przydrożnych kapliczkach, na cmentarzach, w przydworskich parkach, również niemal w każdej wiejskiej zagrodzie, często po kilka, dla cienia, wspaniałego zapachu lipcowego kwiatu, wreszcie dla osłony przed wichrami.

Proces niszczenia drzewostanów lipowych trwa do dzisiaj i powoli dobiega końca. Zmieniła się moda i propozycją posadzenia w zagrodzie lipy można się jedynie ośmieszyć. Oczywiście pszczelarze starają się temu przeciwdziałać. Na tym polu wyróżnia się Marian Modelski z Pilzna koło Tarnowa, pszczelarz znany nie tylko w naszym regionie. Od dziesięcioleci propaguje tematy związane z poprawą bazy pożytkowej pszczół, a w szczególności – lipę. Z wykształcenia filozof i filolog, a z zamiłowania Wielki Szaman Pszczelich Spraw. Zgromadził On oraz zbadał przydatność dla pszczelarstwa wielu odmian lip, których nasiona i sadzonki mateczne rozprowadza wśród pszczelarzy w całej Polsce. W naszym regionie mamy już okazałe drzewa lip japońskich, kwietnych i innych. Marian Modelski od lat publikuje, dzieląc się swoją wiedzą i doświadczeniem na łamach wszystkich periodyków pszczelarskich wychodzących w Polsce. Działalność ta nie rekompensuje jednak ogromu zniszczeń dokonywanych na drzewostanach lipowych.

Konsekwencją wszystkich zmian środowiskowych zaistniałych w naszym regionie było pogorszenie pastwiska pszczelego, a to skutkowało eliminacją nieprzystosowanej do nowych warunków pszczoły włoskiej. W latach sześćdziesiątych wielu pszczelarzy zaczęło wprowadzać do swoich pasiek pszczołę rasy kaukaskiej, głównie za sprawą dr. Antoniego Chwałkowskiego z Bochni. W stacji, którą prowadził, można było nabyć dobry materiał reprodukcyjny pszczół kaukaskich, a od współpracujących z nim pasiek reprodukcyjnych – matki użytkowe. Ich wybitnej miodności miałem okazję doświadczyć, pracując w jednej z pasiek reprodukcyjnych, jak i we własnej pasiece. Do wybitnie udanych, wyrównanych linii należały: K9, K71, KD i inne. Pszczoły te ze względu na dłuższy języczek wykorzystywały koniczynę czerwoną, szczególnie jej drugi pokos. W owym czasie w naszym rejonie na Pogórzu nawet w 2-3-hektarowych gospodarstwach utrzymywane były konie, a co za tym szło uprawiana była koniczyna czerwona. Koszona w różnych terminach kwitła w różnym czasie, dając długotrwały obfity pożytek. Część uprawianej koniczyny nie koszono pozostawiając na tzw. „połki”, czyli na nasiona.

Pszczoła kaukaska była łagodna, nierojliwa, oszczędnie gospodarująca zapasami pokarmu i prawdopodobnie długowieczna. Wśród oferowanych linii pszczół kaukaskich były również dobrze wykorzystujące spadź. Niestety, z czasem po wprowadzeniu pszczół kaukaskich zaczęły się również kłopoty. Kto nie wymieniał matek systematycznie, lecz pozwalał na naturalną wymianę, w pokoleniu F3 lub dalszym otrzymywał pszczołę agresywną na niespotykaną do tej pory skalę. Ponadto przy spadzi, szczególnie późnej, pszczoły kaukaskie gorzej zimowały, łatwiej zapadały na nosemozę. Pewne linie w sierpniu ograniczały matkę w czerwieniu, zalewając gniazda miodem, co w terenach z późnymi pożytkami spadziowymi było niekorzystne. Wymienione i inne cechy pszczół kaukaskich wymagały zweryfikowania dotychczas stosowanych metod gospodarowania, a to nie wszyscy umieli przeprowadzić. Istotny wpływ na jakość matek kaukaskich miał również fakt przeprowadzenia Stacji Hodowlanej z Bochni do Brzeska i związane z tym zmiany personalne w jej kierownictwie.

{boxplus href="/"}fot. Z. KotłowskiJuż w latach 70. ubiegłego wieku w większości pasiek na południe od linii Kraków – Tarnów – Rzeszów następował powolny odwrót od pszczół kaukaskich. Niemal całkowicie zrezygnowano z nich, kiedy w gospodarstwach konie zastąpione zostały przez ciągniki, a w uprawach polowych – koniczyna czerwona przez trawy łąkowe. Pasieki ponownie zdominowała krainka reprezentowana przez różne linie z polskich pasiek hodowlanych, ale również importowanych z Austrii, Jugosławii, Niemiec lub Ukrainy.

Porównując wprowadzane w latach 70. ubiegłego wieku różne wyselekcjonowane linie krainki (również sprowadzane z zagranicy) z pszczołą tej samej rasy hodowaną w większości pasiek w latach wcześniejszych, należy zauważyć, że różniły się one znacznie. Nasza „miejscowa pszczoła” była ostrzejsza, bardziej rojna i wolniejsza w rozwoju. Dość powszechnym u nas na Pogórzu był pogląd, że w naszych warunkach pożytkowych pierwszy zbiór miodu możliwy jest dopiero w lipcu. Wpływ na to poza cechami hodowanych pszczół miał również rozkład pożytków i związane z nim metody prowadzenia pasiek. Dopiero wprowadzenie nowych linii pszczół kraińskich o szybszym rozwoju wiosennym oraz nowe metody gospodarowania nimi spowodowały wykorzystywanie pożytków wczesnych (z wierzb, przydomowych sadów, mniszka) jako towarowych. U nas poza obfitą spadzią (a obfita bywa zaledwie co kilka lat) pierwsza połowa maja to jedyny okres, w którym przyroda oferuje pszczołom więcej, niż są w stanie wykorzystać. Jeśli pogoda wtedy dopisze, zbiory miodu są limitowane przez siły rodzin, a nie przez bazę pożytkową. Drugiej takiej okazji w sezonie na miód nektarowy nie ma, gdyż przy innych pożytkach wziątki limitują zbiory.

Po transformacji ustrojowej w Polsce zmiany w rolnictwie i naturalnym środowisku nabrały tempa. Nasi małorolni chłopi stali się działkowiczami, hodowla bydła niemal całkowicie zanikła. Naturalna sukcesja lasu obejmuje pozostawione odłogiem tereny przyleśne – głównie z brzozami, olchami i grabem. Część terenów rolnych o gruntach niskiej klasy jest planowo zalesiana. Inne, często odłogowane, porastają nawłocią. Z niewypasanych pastwisk i tylko raz koszonych łąk znika mniszek, ale również biała koniczyna. Do niedawna o wielu naszych wioskach można było powiedzieć, że z nich jeszcze las nie wyszedł. Malina leśna rosła przy polnych drogach, przychaciach, często pod oknami wielu domów. Podobnie jeżyna, lebiodka, macierzanka, ślaz, trędownik, cykoria i inne szlachetne zioła. A dzisiaj? Kto dzisiaj zamieszkuje wieś? Rolnikami pozostali nieliczni. O pozostałych dzisiaj mówi się „mieszkańcy wsi”. Wieś zmieniła się nie do poznania. Wszędzie wyasfaltowane drogi, gazyfikacja, wodociągi, piękne, ogrodzone domy. Wokół dokładnie wykoszone trawniki, a drzewa liściaste – zastąpione iglakami – bo śmiecą. Stare sady – powycinane. Stare wierzby – powywracane lub wycięte, a nowych już się nie sadzi. Wszystko to podobno takie piękne i czyste, że aż sterylne, pod linijkę, ale czy aby na pewno? Na pewno to ubywa ptaków, szczególnie wróbli. Za to przybyło ślimaków i uważam, że wkrótce będziemy mieli z nimi poważny problem. Pszczół się nie boją, do uli wchodzą, a naturalnych wrogów prawdopodobnie nie mają. Wreszcie regulacja potoków. Za ogromne pieniądze wycina się wszelkie nabrzeżne drzewa i krzewy, prostuje koryta w imię prewencji przeciwpowodziowej, co jeśli nawet przyspieszy odpływ wody, to spowoduje jej większy wylew w dalszym biegu potoku.

Wszystko, o czym wspomniałem, pomniejszyło bazę pożytkową pszczół, a tym samym dostępny wziątek. Wreszcie zmiany koniunkturalne w gospodarce pasiecznej. W latach 50. XX wieku wystarczyło wyprodukować 1 kg mleczka i pasieka była rentowna. W latach 60. wyprodukowanie 500 matek unasienionych dawało pszczelarzowi satysfakcję. Dobrze poprowadzona 100-pniowa pasieka mogła na spadzi dać utrzymanie całej rodzinie. Wosk przez wielu traktowany był jak dobra lokata kapitału. Piszę o tym nie z tęsknoty za latami, które minęły, bo jej nie odczuwam, ale przytaczam fakty. Dzisiaj, podobnie jak niegdyś, zdecydowana większość pszczelarzy pracuje w swoich pasiekach z potrzeby serca, co nie oznacza, że nie zależy im na pozyskaniu miodu. Owszem, na pewno tak, mimo że nie uzależniają od tego swojego bytu. Natomiast pszczelarze zawodowi, którzy w ten sposób zarabiają na życie, muszą bezwzględnie dostosować się do nowych warunków.

W przypadku pszczelarzy zawodowych często gospodarstwa są rodzinne, co oznacza, że wszyscy członkowie rodziny w nich pracują. W zależności od profilu produkcji zalecana liczba posiadanych rodzin pszczelich będzie różna. Jeśli ich produktem będzie wyłącznie miód i ubocznie wosk, wówczas pasieka musi liczyć co najmniej 400 rodzin. Jeśli pasieka będzie wszechstronnie wykorzystywana, tzn. poza miodem będzie produkowany pyłek, pierzga, matki, wówczas wystarczy około 200 rodzin. Niezależnie od profilu produkcji zalecane jest prowadzenie gospodarki wędrownej, aby pszczoły pracowały możliwie przez cały sezon i tym samym zwiększona była wydajność miodowa z ula. Oczywiście, aby temu podołać, pszczelarze poszukują nowych rozwiązań organizacji pracy w pasiece, jak również poszukują pszczoły dostosowanej do bazy pożytkowej, metod gospodarki, warunków klimatycznych i dającej się łatwo prowadzić wedle własnych planów. Najczęściej chodzi o taką, która utrzymuje dużą siłę przez cały okres produkcyjny, ale równocześnie nie wykazuje skłonności do rójki. Wielu pszczelarzy uważa, że odpowiednia jest pszczoła Buckfast. Oczywiście są i przeciwnicy tych pszczół i to zarówno w Polsce, jak i w Austrii czy w Niemczech, niemniej jednak pszczoła ta ma wielu zwolenników i ciągle ich liczba się zwiększa. Własne, kilkuletnie doświadczenia z pszczołą Buckfast, pozwoliły mi na tle pszczoły kraińskiej wyrobić sobie pozytywne zdanie na temat jej przydatności w naszym terenie.

Z opisanych wcześniej zmian środowiska przyrodniczego życia pszczół – i to zarówno naturalnego, jak również rolniczego – wynika, że w przeszłości było ono bardziej przyjazne pszczołom i to zarówno ze względu na bioróżnorodność, jak i obfitość. Było ono również w swojej fenologii bardziej dla pszczół dostępne ze względu na zsynchronizowanie z biologią ich rozwoju. Główne wziątki przypadały najczęściej na lipiec, a w przypadku spadzi – często dopiero na sierpień. Zapewne to na Pogórzu i już dawno temu zrodziło się aktualne po dziś dzień powiedzenie: karm mnie sytą do św. Jana, a ja z ciebie zrobię pana. Nie należy jednak sądzić, że wówczas pszczoły rokrocznie miały zapewniony obfity wziątek. Wtedy również, podobnie jak dzisiaj, zdarzały się lata deszczowe, chłodne i wietrzne, w czasie których pszczoły nie tylko nie dostarczały pszczelarzowi miodu i wosku, ale nie były w stanie sobie zabezpieczyć potrzebny do rozwoju i życia pokarm, co również się zdarzało. W przeszłości ze zbiorami miodu też różnie bywało, a potwierdza to stare powiedzenie, że w lata miodne to i kołek w płocie miodzi.

Stefan Rohrenschef tak opisuje sezon pszczelarski 1913 roku. Cały rok z małymi przerwami padał deszcz i śnieg, pszczoły padały setkami. Kto jednak je cukrem uchronił od śmierci, temu już w 1914 roku pszczoły ów wydatek zwróciły, a w pasiekach, które nie pochłonęła pożoga wojenna, w roku 1915 , to już miód wylewał się z uli. Dalej wspomina: wielka posucha była w ulach w roku 1918.

Zależność wziątku nektarowego i spadziowego od pogody jest oczywista. Jednak spadź jako produkt zwierzęcy uzależniona jest poza pogodą od liczebności populacji konkretnych gatunków mszyc, a tę cechuje pewna cykliczność. Masowe pojawienie się mszyc stwarza dogodne warunki rozwoju populacji ich szkodników, a w konsekwencji ciągłego powrotu do pewnej między nimi równowagi. Ponadto wiele innych, dających się zinterpretować czynników pogodowych i siedliskowych – jak np. wilgotność powietrza, nasłonecznienie, poziom wód gruntowych, kondycja fizyczna roślin, ale może również mniej znanych, chociażby liczba cyklicznie zmiennych plam na słońcu – wywierały i nadal wywierają wpływ na wziątki w poszczególnych latach. Dzisiaj często mówimy o anomaliach pogodowych. Z perspektywy naszego krótkiego życia istotnie tak to wygląda, ale czy w istocie tak jest. Chyba nie. Stefan Rohrenschef tak wspomina rok 1920: marzec i kwiecień były tak ciepłe i piękne, że już w kwietniu zbierano roje i co niektórzy miód młynkowali (wirowali). Za to w czerwcu i lipcu roje z głodu umierały.

fot. M. ModelskiNa Pogórzu lata miodne oznacza spadziowe. Jak wynika z własnych notatek na Pogórzu Ciężkowickim w ostatnim pięćdziesięcioleciu na miano miodnych zasługują lata: 1962, 1967, 1971, 1976, 1982, 1983, 1989, 1991, 1992, 1993, 1994, 1997, 1998, 2006, 2007. Natomiast lata o słabych zbiorach to: 1972, 1973, 1974, 1978, 1981, 1984, 1985, 2008, 2009, a lata klęskowe: 1975, 2005, 2010.

Z latami zmieniały się również poglądy na temat jakości poszczególnych odmian miodu. Ceniony dzisiaj i powszechnie znany miód spadziowy w pierwszej połowie ubiegłego wieku zaliczany był do miodów najgorszej jakości. J. Lorenz pisząc o miodach, klasyfikuje je w 3 kategoriach. Za najznakomitszy uważa miód lipowy, potem akacjowy oraz z drzew owocowych. Również z bławatka i koniczyny białej plasuje w tej grupie. W drugiej kategorii są miody rzepakowe oraz z hreczki (gryki). Do miodów trzeciorzędnej jakości zalicza miód wrzosowy. Miód spadziowy, szczególnie ze spadzi iglastej, zalicza on do poślednich, jakoby to w ogóle nie był miód. Zauważa również, że powoduje on u pszczół zaperzenie.

Stefan Rohrenschef miód spadziowy określa jako miód lichy i też podkreśla, że nie nadaje się do zimowli. Przypuszczam, że zła opinia o miodzie spadziowym oparta była głównie na złych doświadczeniach w jego przydatności do zimowli. „Rehabilitacja” miodu spadziowego, gryczanego i wrzosowego nastąpiła w okresie powojennym, między innymi za sprawą znanego w Małopolsce pszczelarza i publicysty Tadeusza Majewskiego. Pewien wkład we właściwą ocenę miodu spadziowego miał urodzony na Pogórzu Ciężkowickim w Zborowicach absolwent filologii klasycznej Uniwersytetu Jagiellońskiego – Stanisław Mendrala. Między innymi w „Pszczelarzu Polskim” z 1947 roku przeciwstawia się opinii Stanisława Brzóski, który o miodzie spadziowym napisał, że nie ma on właściwości leczniczych ani odżywczych, a nadaje się wyłącznie na przetwory. Stanisław Mendrala zauważa: „takie powiedzenie jest wybitnie krzywdzące” i dalej: „Tak może mówić tylko ktoś, kto nie zna spadzi. Stanisław Mendrala był bardzo aktywnym publicystą i autorem wielu książek pszczelarskich. W okresie przedwojennym kilka lat mieszkał i działał w Poznaniu, a po okupacji w Krakowie. Dożył sędziwego wieku (93 lat), zmarł w 1974 r. Dzisiaj, jak wiemy, tabela klasyfikująca wartość poszczególnych odmian miodu zmieniła się. Miody wrzosowe, spadziowe z racji walorów smakowych i odżywczych cieszą się ogromną popularnością i uzyskują wyższe ceny.

Wszystko, co działo się w ostatnim stuleciu w pszczelarstwie naszego Pogórza, działo się za sprawą niezbyt licznej grupy pasjonatów i patriotów zarazem, którzy w odradzającej się Polsce tak pojmowali swoją misję. To był taki okres, kiedy elity widząc zacofanie wsi galicyjskiej, zrujnowanej ponadto przez dwukrotnie przetoczoną falę frontu, tylko w solidnej, mądrej i dobrze zorganizowanej pracy widziały szansę na wyjście z powszechnej na wsi biedy, jak również zabezpieczenie się na przyszłość przed ponownym upadkiem narodu. Nic lepiej od słów żyjącego wówczas J. Lorenza nie odda trafniej jego intencji. Już w 1916 roku napisał: I da Bóg, że spełnią się serdeczne pragnienia Ojców naszych, z któremi wstąpili do mogiły, ziszczą się błagania matek naszych i sny dzieci naszych i będziemy mieli wolną Ojczyzną. A potem? Będziemy mieli ojczyznę wolną, ale biedną. Odpowiedzią niech będzie przykład mrówki lub pszczoły. Jeśli złośliwa ręka zniszczy ich gniazdo… to chociażby nawet połowa tego drobnego ludu zginęła, skoro tylko się uciszy i uspokoi, pozostała przy życiu gromadka, nie tracąc ani chwili na bezużyteczne biadanie, zabiera się z podwójną energią do odbudowania domostwa. Dalej: dość z przysłowiem „co słychać? Stara bieda. I dalej: Wszyscy ludzie dobrej woli, mężowie i niewiasty, miłujący prawdziwie ojczyznę, powinni przestać już deklamować i śpiewać na nutę patriotyczną, a zakasawszy rękawy po łokcie, zabrać się szczerze do pracy nad szerzeniem nauki i stwarzaniem przykładów racjonalnej gospodarki na zagonach tej ziemi, której wolność synowie nasi serdeczną krwią Legionów tak drogo okupili.

Przez nasze Pogórze fala frontu pierwszej wojny światowej przelała się dwa razy. Najpierw w ofensywie wojsk Carskiej Rosji w grudniu 1914 roku, a potem w ich odwrocie w maju 1915 roku, za każdym razem powodując ogrom zniszczeń. Setki cmentarzy z tego okresu pozostało na naszych ziemiach. Kiedy kilka lat temu, znany również w Polsce niemiecki pszczelarz Wolfgang Stockmann zobaczył jeden z nich, spojrzał z owego wzgórza na piękny Tuchów, słoneczną Dolinę Białej, wspaniałe lasy Pasma Brzanki i Liwocza, a potem na mogiły poległych żołnierzy Carskiej Rosji i węgierskich szwadronów Jego Cesarskiej Mości i zapytał: co oni tu robili? Tak przyjacielu – dobrze pytasz, ale taka była nasza historia i to z niej zrodziła się Wolna Polska.

Tarnowianin Stefan Rohrenschef w podręczniku „12 Miesięcy w Pasiece” wydanym w 1925 roku, obok treści dotyczących sztuki hodowania pszczół daje również wyraz umiłowania Ojczyzny i wielkiej determinacji działania dla jej dobra. Rozumiał On doskonale, co w odrodzonej Polsce jest ważne. Miał świadomość zagrożeń zewnętrznych i wewnętrznych. Kładł mocny akcent na pracowitość, edukację i w tym widział szansę na poprawę jakości życia wszystkich warstw społecznych, rozwój ojczyzny i zachowanie jej suwerenności. Apelował do ludzi prostych i wykształconych, wskazywał przykłady i osobiście je dawał. Wprawdzie mieszkał i pracował jako nauczyciel, a później dyrektor Szkoły Powszechnej im. Staszica w Tarnowie, ale znał również doskonale bytowe realia wsi tarnowskiej i okolicznych powiatów. Dziewięć lat bowiem pracował jako nauczyciel i kierownik szkoły ludowej w Piotrkowicach koło Tuchowa, gdzie zresztą po raz pierwszy spotkał się z pszczołami i poważnie się nimi zajął. Następnie w 1900 roku zdał w sposób wyróżniający egzamin przed Komisją Egzaminacyjną pod przewodnictwem prof. Teofila Ciesielskiego i uzyskał patent instruktora pszczelarstwa. Od 1900 roku niemal co tydzień jeździł po wsiach i miasteczkach pow. tarnowskiego, bocheńskiego i innych z ulem ramowym i odpowiednim sprzętem, gdzie przeprowadzał lekcje poglądowe.

Stefan Rohrenschef w swoim podręczniku wymienia kilka nazwisk pszczelarzy okresu pierwszej wojny światowej i okresu międzywojennego, szerzej rozumianego Pogórza, wzorowo prowadzących swoje pasieki jak również zajmujących się edukacją i poznających różne typy dostępnych wówczas uli. Są nimi: Ojcowie Cystersi w Mogile, Władysław Roszka z Olczy koło Zakopanego (880 m n.p.m.), Jan Marcinkow – 100 pni – Mizuń Nowy (500 m n.p.m.), Antoni Cyburt – 80 uli – kierownik szkoły powszechnej w Białce k. Nowego Targu, Michał Kopeć – Łazy pod Bochnią (gospodarował w ulach Czyńki), inż. L. Pawłowski – Rudnik nad Sanem – gospodarował w pawilonie, P. Dering – Piwniczna – pasieka doświadczalna, Józef Maurer – dyrektor Państwowej Szkoły Pszczelarskiej w Białej pod Żywcem – gospodarka pawilonowa. Od nieżyjącego już Ojca wiem, że przed wojną w Tuchowie Ojcowie Redemptoryści podobnie jak dzisiaj zajmowali się hodowlą pszczół i udzielali okolicznym pszczelarzom różnych fachowych porad.

Szeroko zakrojona akcja oświatowa na wsi galicyjskiej prowadzona przez elity, w tym również pszczelarskie, była zgodna z powszechnym wówczas nurtem obejmującym całokształt naszego rolnictwa. W ramach tegoż w Burzynie koło Tuchowa z inicjatywy prof. Jana Sajdaka (syna Ziemi Tuchowskiej) z Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu rozpoczął swą misję Filarecki Związek ELSÓW, misję nakierowaną w swoim statucie i programie na działalność oświatową oraz wychowawczą, opartą na zasadach chrześcijańskich, wychowania w trzeźwości, pracowitości oraz pogłębiania wiedzy ogólnej i rolniczej. Wprawdzie wojna przerwała tę działalność, ale w obiektach tegoż Związku w czasie okupacji hitlerowskiej znalazło schronienie wielu profesorów nie tylko z Poznania, którzy w celu zapewnienia sobie środków do życia, jak również z potrzeby bycia użytecznym, prowadzili tajne komplety, przygotowujące okoliczną młodzież do matury, czym stworzyli podwaliny pod powstałe po wojnie w Tuchowie Liceum Ogólnokształcące.

W okresie okupacji hitlerowskiej z całym bagażem zła, jaki niesie każda wojna, a ta w szczególności, pszczelarstwo było prawdopodobnie jedyną dziedziną, którą okupant nie tylko nie wyrugował z aktywności polskiego społeczeństwa, lecz ją wspierał. Pszczelarze mieli możliwość zajmowania się swoją hodowlą, działały związki pszczelarskie, organizowane były kursy i różne doraźne szkolenia. W Krakowie wychodził w języku polskim miesięcznik związków pszczelarskich „Pszczelarz”. W powiecie tarnowskim działał Powiatowy Związek Pszczelarzy i 9 Miejscowych Związków Pszczelarskich w Tarnowie, Tuchowie, Ciężkowicach, Brzesku, Czchowie, Szczurowej, Dąbrowie, Szczucinie i Wietrzychowicach. Z ramienia Powiatowego Związku Pszczelarzy działało w terenie 32 przeszkolonych rzeczoznawców chorób pszczół. Pszczelarze zaopatrywali się w matki u 4 przeszkolonych w Dębicy hodowców. Powiatowy Związek pomagał pszczelarzom w zaopatrzeniu w cukier na wiosnę i jesienią, w węzę i sprzęt pszczelarski. Powiatowy Związek posiadał także własną bibliotekę liczącą 114 tomów. Rygorystycznie chronione były drzewa miododajne – lipy i akacje oraz wysadzano młode, siano facelię, nostrzyk i ogórecznik. Z inicjatywy tegoż związku powstał w Tarnowie sklep pszczelarski przy ul. Wałowej 3, prowadzony przez P. Pachowicza. Podobne Powiatowe Związki działały w Myślenicach, Kalwarii, Jędrzejowie, Nowym Targu i być może również inne.

Pszczelarstwo pierwszych lat powojennych cechowała stagnacja. Dopiero w latach 70. ubiegłego wieku zaczęło się coś zmieniać. W Krakowie powstaje Stowarzyszenie Pszczelarzy APIPOL założone przez braci Tomaszewskich z Krakowa, z intelektualnym udziałem Jerzego Tombachera z Józefowa koło Warszawy, co dało impuls do unowocześnienia pszczelarstwa naszego regionu.

W latach 70. XX wieku w Stróżach powstało nowoczesne gospodarstwo pasieczne Janusza Kasztelewicza. Dzisiaj jest on znany już wszystkim pszczelarzom w Polsce. Zanim stał się przedsiębiorcą wiele lat w dobrze zorganizowanej pasiece wirował miód, poławiał pyłek, hodował matki. Podobnie jak my wykonywał ule, doglądał pszczół, rozlewał i sprzedawał miód. Przedsiębiorcą stał się dopiero w latach 90. ubiegłego wieku. Rozpoczął od skupu miodu spadziowego od znanych sobie pszczelarzy. Od tej pory ciągle się rozwijał. Sięgnął tam, gdzie przeciętni nie sięgają. Sądecki Bartnik – bo tak nazywa się przedsiębiorstwo J. Kasztelewicza – oprócz działalności handlowej zajmuje się wydawnictwem, prowadzi działalność edukacyjną, kulturalną i społeczną. Obserwując z perspektywy wielu lat można stwierdzić, że wszystko co robi, robi perfekcyjnie, z korzyścią dla siebie, ale również dla szeroko pojętego pszczelarstwa. Piszę o tym dla refleksji, gdyż wiem, że to, co dzięki systematycznej i wytrwałej pracy oraz własnym zdolnościom osiągnął, nie wszystkim się podoba.

W latach 80. XX wieku przykładem powstałego w Kamiannej Domu Pszczelarza z inicjatywy Stanisława Wojciechowskiego, powstaje w Tarnowie Dom Pszczelarza. Jest on własnością Pogórskiego Związku Pszczelarzy w Tarnowie i aktualnie mieści się w nim jego biuro i sklep.

W Tarnowie również w latach 80. minionego wieku zorganizowano pierwsze Krajowe Targi Zdrowej Żywności. Stało się to z inicjatywy Zygmunta Kopera – redaktora naczelnego „Tarnowskich Azotów”, Jacka Roika – lekarza z Tarnowa, prof. Juliana Aleksandrowicza z Krakowa i innych. Kilka lat później powstaje w Tarnowie Towarzystwo Propagowania Zdrowej Żywności i Zdrowego Stylu Życia, a targi organizowane jeszcze przez wiele lat przyczyniały się do propagowania pszczelich produktów i były również zasiewem do rozpowszechniania tej idei w całej Polsce.

W okresie przedakcesyjnym i po integracji z Unią Europejską na unowocześnienie naszego pszczelarstwa duży wpływ miały organizowane przez Polski Związek Pszczelarski, a później również przez Stowarzyszenie Pszczelarzy Zawodowych, zagraniczne wycieczki do Słowacji, Austrii, Niemiec, Francji, Belgii i Włoch. Podobne wycieczki organizował niegdyś Wojewódzki Związek Pszczelarzy w Tarnowie oraz Podkarpacki Związek Pszczelarzy w Nowym Sączu. Oczywiście w wyjazdach tych uczestniczyli również pszczelarze naszego regionu.

W ostatnich latach wręcz rewolucyjny charakter ma poprawa wyposażenia pracowni pszczelarskich. Jest ona efektem działalności wspomnianych wcześniej osób, instytucji oraz zdarzeń, ale również dobrego zaopatrzenia przez firmy produkujące ule i sprzęt pasieczny. Do wyróżniających się należą Firma Łysoń – Tomasza Łysonia i Firma Babik – Adama Babika.

Warto o tym wszystkim wiedzieć i pamiętać, aby uświadomić sobie, że i my współcześnie zajmujący się chowem pszczół jesteśmy kolejnym ogniwem w historii pszczelarstwa naszego regionu.

 
 ---
 
© Miesięcznik PSZCZELARSTWO, Pszczelnicze Towarzystwo Naukowe, 2004-2013