Prof. dr hab. Jerzy Wilde
Katedra Pszczelnictwa, Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie
e-mail:

Prof. dr hab. Jerzy Woyke
Pracownia Hodowli Owadów Użytkowych, SGGW w Warszawie
e-mail:

Mgr inż. Maria Wilde
Centrum Pszczelarskie Pasieka Hodowlana, Gryźliny
e-mail:

W poszukiwaniu olbrzymiej pszczoły skalnej Apis laboriosa w Bhutanie

Pierwsze informacje o gniazdach pszczoły skalnej Apis laboriosa otrzymaliśmy w Bhutanie jeszcze podczas Konferencji („Pszczelarstwo” 5/2009). Jest to niezwykła i największa pszczoła z rodzaju Apis. Okazało się, że zarówno w okolicach Thimphu, jak i Paro można znaleźć jej gniazda. Są one bezpieczniejsze niż w Nepalu czy w Tybecie, gdyż tu zabronione jest pozyskiwanie od nich miodu. Niestety bogaty program Konferencji uniemożliwił nam w czasie jej trwania dotarcie do miejsc gniazdowania Apis laboriosa. Należy wyjaśnić, że pszczoły te budują gniazda w bardzo niedostępnym terenie, najczęściej na pionowych skałach, gdzie nawet zbliżenie się na odległość kilku czy kilkunastu metrów w celu wykonania zdjęć, jest nie lada wyczynem. Trzeba się bowiem wspinać po bardzo stromych, skalistych górach, co wcale nie jest bezpieczne. Dodatkowo wyczerpująco na nasze organizmy działa wysokość, to przecież blisko lub ponad 3000 m n.p.m. Czasem wręcz trudno złapać oddech.

Jak już wspomniano w poprzednim artykule, pierwsze gniazda pszczół skalnych zobaczyliśmy na trasie „Niebiańskiego Traktu”, gdzie w drodze do Bumthangu zatrzymujemy się, aby sfotografować gniazda Apis laboriosa. Wszystkie gniazda obserwujemy z bardzo dużej odległości, gdyż zbudowane zostały bardzo wysoko w skałach niedostępnych dla ludzi. Najbliżej obserwowana rodzina jest w odległości ponad 50 m, najdalsze zaś - nawet ponad 150 m. Łącznie podczas podróży czterokrotnie mijamy różne stanowiska gniazdowania. Mimo oglądania gniazd przez lornetkę, nie można dokładnie stwierdzić, ile rodzin znajduje się na jednym stanowisku. Jedni widzą ich aż 10, inni - zaledwie 1 lub 2. Do naszych celów badawczych są to odległości stanowczo zbyt duże. Dlatego bez żalu pozostawiamy je, kierując się do celu naszej podróży.


Jedno z piękniejszych miejsc, gdzie obserwowalismy Apil laboriosa.

Po powrocie z pasiek z pszczołami europejskimi i rozlokowaniu się w wygodnym hotelu „Swiss Guest House” - prowadzonym przez Szwajcara przebywającego już kilkanaście lat w Bhutanie, postanawiamy ruszyć na poszukiwanie gniazd Apis laboriosa. Dojeżdżamy do trzech miejsc, wspinamy się na wysokość ponad 2700 m n.p.m. Myślę, że nie dam już rady, gdyż wspinaczka jest bardzo wyczerpująca, ale warto było podjąć ten wysiłek, gdyż rodzina jest piękna, z wielkim gniazdem. Wykonujemy tylko parę zdjęć i jedziemy do drugiego miejsca - 2670 m n.p.m., gdzie pod mostem jest kolejna piękna rodzina, a właściwie dwie, gdyż druga jest mała i prawie opuszczona przez pszczoły. Najprawdopodobniej bez matki, z czerwiącymi trutówkami. Dodać trzeba, że gniazdowanie olbrzymiej pszczoły skalnej na budowlach wykonanych przez ludzi należy do rzadkości. Dotychczas nigdy nie spotkaliśmy ani w Nepalu, ani w Tybecie gniazd tej pszczoły na budynkach, mostach czy innych ludzkich budowlach. Żałujemy, że nie można wyciąć plastra z powodu trudnego dostępu pod mostem. Choć, jak się później okazało, jest jeszcze jeden, ważniejszy powód. Most ten, a raczej pszczoły pod mostem, są przez cały czas pilnowane przez miejscową ludność. Możemy więc tylko obserwować pszczoły, ale ich wyłapywanie czy wycinanie części gniazda jest niemożliwe. Liczymy więc tylko loty pszczół zbieraczek przez dwie kolejne godziny. Robimy wiele zdjęć, a co najważniejsze dr Sivaram znajduje trutnia Apis laboriosa na moście. Odnaleziony okaz jeszcze bardziej upewnia nas, że w tej niewielkiej rodzince ze znaczną częścią odsłoniętego plastra wskutek niedoboru pszczół, czerwią najprawdopodobniej trutówki. Natychmiast wynicowujemy narząd kopulacyjny złapanego trutnia. Ukazuje się aparat kopulacyjny z fantazyjnie długimi „różkami”. Trutnia konserwujemy w brendy w małym pojemniku. Z radości wypijamy wraz z uczestnikami wycieczki całą pozostałą zawartość butelki brendy. Wracając, zatrzymujemy się jeszcze w jednym miejscu, ale tam tylko z daleka fotografujemy ledwo widoczne gniazdo Apis laboriosa. Jest wysoko na skale i zupełnie dla nas niedostępne. Wracamy do hotelu i siadamy do kolacji. Okazuje się, że przyjechał już samochód, którym od jutra mamy jeździć w poszukiwaniu dalszych gniazd laboriozy. Bhutańczyk, kierowca-właściciel auta, który przez 4 kolejne dni będzie nas woził, przywiezie jutro rano naszego przewodnika z jego domu.


Dwa gniazda obok siebie na bardzo wysokiej, pionowej i niedostępnej skale.


I jeszcze jedno urokliwe miejsce z rodzinami blisko siebie.
Na opuszczonym przez pszczoły plastrze widocznych jest kilkaset komórek
z zasklepionym czerwiem.


Na opuszczonym plastrze widać ptaka zainteresowanego
pozostawionym przez rodzinę czewiem krytym.

W niedzielę wstajemy o 545, jesteśmy bowiem umówieni z przewodnikiem z Bhutanu na wyjazd do drugiego miejsca, gdzie mamy odnaleźć trzy inne miejsca gniazdowania Apis laboriosa, a jak zdecydujemy się pomaszerować dalej to jeszcze kolejne trzy miejsca. Ruszamy zgodnie z planem, co nas mile zaskakuje. Ponad 1,5 godz. jazdy do pierwszych 5 gniazd laborioz. Pokonać tę drogę zwykłym osobowym samochodem byłoby niemożliwe. Dobrze więc, że przewidując te transportowe trudności, wynajęliśmy Toyotę Land Cruizera. Temu terenowemu samochodowi niestraszne jest pokonywanie wertepów i górskich dróg. Najpierw wspinamy się nie bez małych trudności (wysokość ponad 2650 m n.p.m.) do pierwszego miejsca, w którym w bliskiej od siebie odległości, kilku-kilkunastu metrów, znajduje się 6 gniazd i jeden plaster opuszczony przez pszczoły. Fotografujemy, wykonujemy niezbędne notatki i postanawiamy, że prof. J. Woyke pozostaje na miejscu i wykonuje niezbędne obserwacje. Maria i ja ruszamy w dalszą drogę, aby zobaczyć następne gniazda. Wciąż bowiem szukamy takich, do których dostęp będzie bardzo łatwy, dosłownie na wyciągnięcie ręki. Docieramy jeszcze do pięciu miejsc, ale w jednym nie ma żadnego gniazda, a jedynie ślady po zniszczonych już plastrach. W pozostałych jest natomiast w sumie 20 rodzin i 2 opuszczone plastry. Dostęp do nich jest jednak bardzo trudny. Gniazda są zbudowane bardzo wysoko na stromych skałach. Z trudem udaje się wykonać dobre zdjęcia. Obserwacje tych pszczół są możliwe jedynie przez lornetkę. Wracamy do prof. J. Woyke i postanawiamy zjeść lunch. Okazuje się, że pszczoły zostały rozdrażnione, zaczęły latać po terenie naszych obserwacji i żądlić. Prof. J. Woyke został pożądlony przez ponad 20 robotnic, pozostali uczestnicy wyprawy, z kierowcą włącznie, otrzymali po kilka żądeł. Mimo to pozostajemy do 1700, aby sprawdzić i przekonać się, że po tej godzinie Apis laboriosa nie wykonuje okresowych lotów masowych (Periodic Mass Flights). Do hotelu docieramy nieco przed 1900. Przy kolacji spotykamy znowu obu Kanadyjczyków, którzy także byli u obserwowanych przez nas laborioz, ale tylko w pierwszym miejscu. Byli oni ponadto w pasiekach z Apis mellifera, które spotykaliśmy po drodze. Podobno inaczej niż w Bumthangu w rodzinach jest sporo pyłku, nieco czerwiu, ale bardzo niewiele nektaru. James twierdzi, że rodziny są zupełnie głodne - ani komórki zapasu miodu i pszczelarz postanowił dać im po 1 kg cukru. Bardzo dziwne, gdyż po drodze spotykaliśmy wiele pól z kwitnącą gorczycą i gryką. Dlaczego pszczoły nie noszą? Nikt tego nie wie. Tym bardziej niezrozumiałe, że obserwowaliśmy wiele robotnic Apis laboriosa na kwiatach. Zresztą obserwowane przez nas gniazda olbrzymiej pszczoły skalnej były dość aktywne i widać było, że wykonują loty po pożytek.

Następnego dnia już bez naszego bhutańskiego przewodnika jedziemy do gniazda laboriozy pod mostem. Z rana jednak pada, wyruszamy więc nie jak planowaliśmy o 800, tylko nieco później. A jednak już o 900 jesteśmy na moście, po drodze fotografując ponownie rodzinę zaobserwowaną na pierwszym miejscu. Dość długo pada, więc mamy sporo czasu, aby pojechać na wieś i w przydrożnej restauracji najpierw napić się kawy, herbaty oraz miejscowej brandy. Tę ostatnią próbowaliśmy wyłącznie dlatego, że intrygująca była jej nazwa - Rock Bee, czyli poszukiwana przez nas pszczoła skalna. Kiedy wracamy na most, okazuje się, że robotnice laboriozy latają nawet w mżawkę, ale słabo, gdyż jest chłodno (15-19°C). Nic nie wyszło z oczekiwanego okresowego lotu masowego, podczas którego mieliśmy nadzieję znaleźć i złapać kilka trutni. Wieczorem analizujemy wszystkie dotychczasowe dane z wielu obserwacji. Jutro w przedostatni dzień chcemy ponownie pojechać na most. Wczoraj miejscowi powiedzieli kierowcy, że niedaleko za rzeką, około 5 minut pieszo od mostu, jest jeszcze jedno gniazdo laboriozy. Chcemy koniecznie pobrać pszczoły z plastra pod mostem, mając nadzieję, że znajdą się tam również trutnie. Postanawiamy dokonać tego po zachodzie słońca, gdy jest już ciemno. Powinno się udać „zdrapać” pszczoły z plastra, bezpośrednio z kurtyny. W ciemności pszczoły olbrzymie nie są agresywne, gdyż nie latają, nic nie widząc w nocy. Czy to się uda? Już wczoraj przychodził dozorca mostu i przez kierowcę prosił nas, abyśmy nie uszkadzali pszczół i plastra. Pewnie będziemy dzisiaj dość mocno pilnowani.


Ta wielka rodzina pod mostem zbudowała plaster o powierzchni ponad 1,5 m2.


Największa pszczoła świata Apis laboriosa
(olbrzymia pszczoła skalna)
na kwitnącym oście w Bhutanie.


Prof. J. Woyke potrafi uspokoić nawet najbardziej agresywne pszczoły.


Pszczoły w tej rodzinie z trutówkami z trudem okrywają drugą stronę płaszcza.

W zupełnej ciemności udaje się pobrać kilkaset pszczół. Niestety wśród robotnic nie było trutni. Prawdopodobnie przyczyną tego jest brak pożytku, o którym opowiadali Kanadyjczycy. Pobieranie pszczół rozwściecza robotnice gniazda do tego stopnia, że niemożliwe jest jeszcze następnego dnia liczenie zbieraczek z mostu. Podejście do rodziny znajdującej się przy rzece też stało się niemożliwe. Bardzo czynne robotnice latają po znacznym obszarze, goniąc nas nawet ponad 1 km od gniazda. Okazuje się, że tak znakomicie znakują feromonem alarmowym pożądloną osobę, że jej pojawienie się w pobliżu mostu niemal natychmiast powoduje obronny odzew. Musimy salwować się ucieczką. Natomiast osoba nieżądlona poprzedniego dnia, może spokojnie wykonywać potrzebne obserwacje z odległości zaledwie 1,5 m od gniazda. Przygody te przypominają nam obserwacje pszczół olbrzymich Apis dorsata w Indiach, Nepalu czy na Filipinach, gdzie niekiedy ucieczka nawet i do 2 km od gniazda stawała się niezbędna i była jedynym sposobem na uniknięcie śmiertelnego pożądlenia. W odróżnieniu od naszych pszczół europejskich pszczoły olbrzymie potrafią bez trudu gonić za wcześniej użądlonym napastnikiem w pomieszczeniu zamkniętym, pokonując nawet wysokość 2 pięter.

Zebrane pszczoły pozwajają nam wykonać jeszcze jedno, bardzo przydatne doświadczenie. Bez trudu nauczyliśmy robotnice „pozować” do zdjęć na kwiatach, które kwitną w pobliżu. Niewątpliwie i tę przygodę należy uznać za bardzo pożyteczną i przydatną w naszych badaniach dotyczących biologii azjatyckich pszczół rodzaju Apis.

 
     
 
         
      Wykonanie: Michał Skrzypiński